Pocztówka z lotniska

Miasto, 27 VII 2008

Cześć, Kochana.

Wybacz, że przejdę od razu do rzeczy, ale sytuacja nie pozwala mi zrobić inaczej. Przeprowadziłem się. Brakuje mi nieco czasu na pisanie długich listów, bo urządzam się pod nowym adresem, ale już teraz mówię: czuj się zaproszona.

Z przedostatniego wagonu

Miasto, 10 II 2008

Witaj, Moja Droga!

Wyjechałem. Nie chciałem już dłużej siedzieć w mieście, a ostatni egzamin wyrwał wreszcie kotwicę, która mnie tam trzymała. Brakowało tylko wiatru w żaglach. Stypendium miało wpłynąć już na dniach, ale Andrzej pożyczył mi na bilet — nawet sam to zaproponował. Może mieli mnie już dość z Łukaszem? Tak czy inaczej, kotwica poszła w górę, a wiatr zawiał mocniej — spakowałem rzeczy do wyprania, zabrałem gitarę, żeby w końcu nagrać jakąś piosenkę, i jak zwykle nie mogłem się pozbyć wrażenia, że o czymś zapominam. W trakcie pakowania okazało się, że zapodziałem gdzieś moją harmonijkę. Nadal nie mam pojęcia, co mogłem z nią zrobić; pewnie została na korytarzu w akademiku i już nigdy jej nie zobaczę — c’est la vie, i tak zamierzałem sprawić sobie lepszą. Dalej było już z górki: w dwadzieścia minut dotarłem z DSu na dworzec i takież dwadzieścia minut przyszło mi czekać — jendak nie na pociąg, Kochana, a na informację o piętnastominutowym opóźnieniu, które „może ulec zmianie”. Doprawdy, PKP są do bólu przewidywalne. A przecież wystarczy zmienić w rozkładzie godzinę odjazdu o piętnaście minut, by rozwiązać problem spaźniających się pociągów. Przesiedziałem na dworcowej ławce pół godziny, patrząc na wsiadających i wysiadających, wystukując jakiś zaimprowizowany rytm na gitarze, aż usłyszałem ten wyczekiwany komunikat: zaraz wjedzie na stację! Pamiętam jeszcze moje zdziwienie, kiedy stojąc na peronie i patrząc w okna pociągu widziałem w nim tak wiele wolnej przestrzeni. Wbród miejsca, jak nigdy. „Przynajmniej będzie gdzie usiąść z tymi wszystkimi tobołami” — pomyślałem. Przeszedłszy z pół wagonu, zauważyłem w jednym z przedziałów parę staruszków siedzących naprzeciw siebie. Patrzyli na mnie, ja spojrzałem na nich. Gitara stanęła na podłodze, prawa ręka już miała odsunąć drzwi, usta układały się w „dzień dobry”, gdy odwróciwszy głowę zobaczyłem następny przedział: samotny, zupełnie pusty. Tak, wiem, pierwsza zasada: nigdy nie siadać samemu. Ale wiesz co? Obok tej myśli, miałem w głowie jeszcze inną. Nie wiem dokładnie jaka to była myśl — wiem, że była silniejsza, niż tamta.

Dopiero po chwili od wejścia zauważyłem, że okno w przedziale jest brudne. Nie, nie brudne — zaparowane, i to od zewnątrz. Wtedy wydało mi się to cokolwiek dziwne; teraz już przypominam sobie, że przecież nieraz widziałem podobną rzecz na szybach samochodów czy autobusów. W każdym razie myślę, że to zaparowane okno mogło przesądzić o samotnym losie przedziału — bo i na co komu przedział, z którego praktycznie nie daje się wzrokiem uciec na drugą stronę sodowo-wapniowej ścianki i biec w zamyśleniu aż po horyzont? Ale wystarczy papieros, żeby na chwilę wyjść z tej ośmioosobowej klatki. Wystarczy otworzyć okno i patrzeć, jak dym ulatuje nie wiadomo gdzie. Po „powrocie” zauważyłem, że światło w przedziale zaczęło świecić. Wyłączyłem. Byłem szeryfem tego miasta, tworzyłem własne prawo, mały, prywatny wszechświat.

Byliśmy niewątpliwie coraz bliżej Miasta, ale i tak podróż trwała podejrzanie długo. Po „Bydzi” czekały tylko dwa postoje, ale nigdy wcześniej nie widziałem tej trasy. Doznałem olśnienia — przecież ten skład jedzie z Krakowa, nie z Łodzi. W jednej chwili z domniemanych trzech godzin jazdy zrobiły się co najmniej cztery. Postanowiłem już nigdy więcej nie jeździć tą linią, ciekawe czy uda mi się tego postanowienia dotrzymać. Czas zaczynał się wlec, więc otuliwszy się płaszczem wyciągnąłem nogi i przymknąłem oczy. Czy się nie bałem, zapytasz? Kochana, wszak nie miałem czego; najcenniejszą rzeczą w przedziale była gitara, a przecie za duża jest, żeby ją ot tak wykraść, poza tym obudziłby mnie wrzask otwieranych drzwi. Zresztą trudno na trasie o solidny sen, prawda? Niemniej udało mi się, choć minimalnie, skrócić oczekiwanie na następną stację. W Tczewie zjawił się — odsunął drzwi, rzucił krótkie spojrzenie i bez słowa usiadł w przeciwległym kącie przedziału. Dwudziestokilkuletni, lekko opalony, z żelem we włosach… wiesz jak tacy wyglądają. Słuchawki w uszach, a jakże — z tego chyba tylko powodu, że głośnik byłby nieporęczny. Otworzył piwo, kilka razy pociągnął, wyszedł, wrócił. Nie, żeby mi jakoś przeszkadzał. Ale był, więc — tak jak w tamtym przedziale — należy mu się miejsce i tutaj, w tym liście. Posiedzieliśmy tak jeszcze parę minut, aż wreszcie zauważyłem znajomą linię przyulicznych latarni, później już samą ulicę; coraz więcej i wyżej — zaczęły się pojawiać domy, kamienice, w końcu i dworzec. Miasto. Mój współpasażer wyszedł szybciej, ja przedział opuściłem akurat w momencie, kiedy pociąg się zatrzymał. Wysiadłem, a cztery godziny przebytej drogi zamknęły się w następnych piętnastu minutach. Szybkim krokiem zmierzałem w kierunku domu. Wróciłem.

I have been here many times before,
in a life I used to live,
but I never saw these streets so fresh,
washed with morning rain.